piątek, 29 lipca 2011

Refleksje po filmie

Cześć!

To już drugi post na tym blogu. Dotyczył będzie, zgodnie z tytułem, refleksji po obejrzeniu filmu "Mr. Nobody". O samym filmie: ogólnym opisie akcji, wątków, ocenach krytyków i mojej, z pewnością napiszę jeszcze oddzielny post.
Gdyby ktoś jeszcze niedawno spytał mnie o to czy wierzę w przeznaczenie, wyśmiałabym go. Stwierdziłabym, że każdy z nas sam decyduje o swoim losie i tylko my mamy wpływ na nasze życie. Jednak po obejrzeniu "Mr. Nobody" mam wątpliwości co do prawdziwości swoich poprzednich poglądów. Sądziłam, że wszystko to kwestia naszych wyborów i podejmowanych decyzji . Owszem, to one decydują o naszym życiu, ale co powiedzieć o sytuacji gdy każde rozwiązanie wydaje się dobre bądź każde złe. Wybierając "mniejsze zło" nie wiemy, jak sprawy potoczą się potem i co okazałoby się dla nas lepsze. Czasu nie da się cofnąć. A co, kiedy podejmując decyzję zbyt szybko tracimy szansę na inną, ciekawszą i lepszą propozycję? A przecież kto mógł wiedzieć, że pojawi się inne, świetne wyjście?
Poza tym kształtują nas ludzie, których spotkamy na swojej drodze. Czasem o biegu spraw decyduje jeden przypadkowy epizod; raz znajdziemy się w niewłaściwym miejscu i czasie i wszystko może się zmienić. Ale  nie tylko na gorsze. Bądźmy optymistami- przecież dzięki zbiegom okoliczności: na zatłoczonej ulicy bądź opuszczonym, cichym zakątku możemy trafić na miłość swojego życia...
No, właśnie: czym jest miłość? Czy potrafimy zakochać się w kimś na zawołanie? Realiści tłumaczą całe szczęście człowieka reakcjami chemicznymi zachodzącymi w mózgu, gdzie podwzgórze wydziela endorfiny (tzw. hormony szczęścia). Jednak czemu akurat na TĘ osobę tak reagujemy? Jak definiować atrakcyjność? Przecież bywa, że w małych odstępach czasowych podobają nam się całkowicie różne osoby. Potrafimy zakochać się w niskim blondynie, romantycznym, opiekuńczym, towarzyskim i z poczuciem humoru, a za jakiś czas oddać swoje serce wysokiemu brunetowi, cichemu, spokojnemu, tajemniczemu i zamkniętemu w sobie. Zakochujemy się także w ludziach  całkowicie nie w "naszym typie". Tak więc:  czy to magiczne uczucie naprawdę da się wytłumaczyć pojęciami naukowymi? I, wracając do przeznaczenia: jedni odnajdą swa druga połówkę już w dzieciństwie, inni będą czekać na nią bardzo długo, bądź w ogóle jej nie odnajdą.
No, a co z talentami? Nie dostaliśmy ich po równo ani takich samych. Jednych natura obdarzyła bystrym umysłem, spostrzegawczością, inni choćby pracowali bardzo ciężko nie dogonią tych pierwszych. Owszem, jeśli beztalencie w dziedzinie plastycznej będzie pracować to nauczy się rysować, lecz pewnie nigdy nie dorówna zdolnemu, który przyłoży się do pracy tylko trochę. W każdej dziedzinie należy mieć "to coś" tzw. iskrę bożą. Dlatego zwykły rzemieślnik nie stanie się artystą na zawołanie, a pospolity, choć pracowity umysł nie usłyszy " Jesteś geniuszem!"  Dlatego nam, zwykłym śmiertelnikom, pozostaje tylko podziwianie i wybaczanie szaleństw czy  dziwactw wielkim umysłom.
Czy to sprawiedliwe? Oczywiście, że nie, ale co za sens miałoby życie, gdyby wszyscy mieli to samo i tacy sami byli. Sądzę, że nikt nie miał by z niego takiej przyjemności, jaką ma z tego pełnego niespodzianek, tajemniczych zwrotów akcji. Każdy żywot ma przecież, nie zawsze szczęśliwą, ale ciekawą fabułę, jak w dobrym filmie, takim  jakim z pewnością jest "Mr. Nobody".
Jak widać film zaintrygował mnie. Wywołał wiele refleksji. Jest tu, jak widać wiele pytań retorycznych, na które nie potrafię znaleźć jasnej odpowiedzi. To, co napisałam to myśli w wielkim nieładzie, niektóre (większość) wysuwające się poza tor przekazu. Ale, jak w domino, jedna pociągała za sobą drugą.
O samym filmie postaram się napisać w najbliższym czasie.


Dziś słucham:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz